Kronikarskie ciągoty odziedziczyłem najwyraźniej po tacie, z wiekiem doszła potrzeba pamięci i może naiwna próba jej ocalenia. Zapisana światłem pamięć o mojej rodzinie sięga roku 1934 roku. Zapraszam...

Co prawda znowu z piątku mamy tylko popołudnie, a w sobotę będziemy musieli wracać wcześniej, ale razem daje to jednak całkiem konkretny dzień wspinania! Piątek zaczynamy tradycyjnie od rozgrzewki na Zegarowej. Sęk w tym, że nasze rozgrzewkowe drogi robimy zupełnie bez wysiłku, postanawiamy więc robić je po dwa razy. Raz jak najciszej, a za drugim razem jak najszybciej.
Po rozgrzewce spoglądam w stronę tej perfidnej szóstki, po której ostatnio ponad tydzień bolał mnie palec nadwyrężony na ostrym chwycie. Kasia mówi, że to zły pomysł i mam tego nie robić. Pewnie ma rację, ale przecież ja muszę! Specjalnie bardzo starannie rozgrzewam ręce i idę. Pierwszych chwytów do przyjemnych bym nie zaliczył, no ale tym razem niczego złego sobie nie robię i już po drugiej wpince wiem, że drogę zrobię czysto! Przez Zegar (VI) RP. Cieszę się bardzo, a Kasia zaraz po mnie robi tę drogę bez żadnych problemów na wędkę, więc namawiam ją, by i ona poprowadziła. Mówi, że jeszcze nie, ale widzę przecież, że chce! Może jutro?
Tymczasem idziemy na Pośrednią Turnię, gdzie w końcu po długim czasie decyduję się spróbować poprowadzić Ufoki. Udaje mi się bez żadnych problemów, więc humor mam wyśmienity. To, co prawda, tylko V+, ale z jakiegoś powodu ta droga długo trzymała mnie na dystans. W każdym razie teraz już jest moja! Ufoki (V+) RP. O, chyba krwawię! A przecież to nie Krwawy Palec! Cóż za podstępne Ufoki.


Sobotę zaczynamy na Aptece. Cholera, jak tu zimno! W ogóle jest jakoś dziwnie chłodno (rano 4ºC!), a tu w cieniu drzew jest jeszcze gorzej. Ręce marzną, a to przecież dopiero początek jesieni! Robimy zaledwie dwie drogi i uciekamy do Rzędek! Tu w słoneczku szybko zostajemy w samych krótkich rękawkach, a Kasia po rozgrzewce daje się w końcu namówić na poprowadzenie swojego kolejnego RP! Sukces! Dzień po mnie (to chyba naprawdę już tylko kurtuazja) Kasia zalicza sobie Przez Zegar (VI) RP. Gratuluję. Tego dnia robimy jeszcze kilka łatwych tradowych dróg na Małej Grani, a na koniec odwiedzamy Sąsiadów. Ogólnie łikend uznajemy za bardzo udany, zwłaszcza że prawdopodobnie po raz pierwszy udało nam się w ciągu jednego wyjazdu zrobić obojgu tę samą nową szóstkę RP.




Na skały zabieram Kasię regularnie od stycznia. Skłamałbym, pisząc że nie mam w tym żadnego interesu. To tylko dzięki niej mogę się regularnie wspinać! Wielokrotnie decydowałem się na wyjazd w ostatniej chwili, czasem wbrew logice i prognozom pogody, a Kasia nigdy mi nie odmówiła! Jednak sama chyba też na tym trochę skorzystała, więc chcąc się zrewanżować, zaproponowała, że weźmie mnie w Tatry, gdzie jeździ z tatą regularnie, a ja – wstyd się przyznać – nie. Czy można było z takiej okazji nie skorzystać? Wyjechaliśmy chyba o 3 rano i jeszcze przed wschodem słońca byliśmy na szlaku.
Może wstawanie o trzeciej nie jest moją ulubioną czynnością, ale z drugiej strony wolę przecież wstawać o trzeciej, żeby jechać w góry, niż o szóstej, żeby iść do pracy! Wstaję więc bardzo chętnie i radośnie jak skowronek, zwłaszcza że dzięki temu na szlaku jesteśmy praktycznie sami. Ludzi spotykamy właściwie dopiero pod Małym Stawem! Czyż to nie jest wystarczająca nagroda?






Na śniadanie i ciepłą herbatę dochodzimy do Piątki, skąd po krótkiej przerwie idziemy dalej w kierunku naszego dzisiejszego celu. Co nim będzie, ustalamy zresztą ostatecznie dopiero przy herbacie. Kozi Wierch znajduje się na wysokości 2291 m n.p.m. i jest najwyższym szczytem położonym w całości po polskiej stronie. Idziemy.
Moje kolana już od dłuższego czasu sprawują się całkiem nieźle, ale podejście na Kozi okazało się dla nich zbyt strome, o czym dość boleśnie dały mi znać. Jak to mówi Kasia: niefajnie. No niefajnie, ale skoro już wstałem o tej trzeciej, to przecież nie zawrócę. Wejdę, choćbym miał tam wejść na rękach! Pewnie dlatego najbardziej podobała mi się końcówka. Na chwilę zgubiłem szlak, a wchodzenie zamieniło się we wspinanie!
Widok ze szczytu oczywiście zachwyca. Bardzo dziękuję Kasi i jej tacie za miłą wycieczkę. Jak tylko zrobię coś z tymi kolanami, to z chęcią jeszcze nieraz się przyłączę!

Idziemy na Zegarową. Jesteśmy pierwsi. No ale najpierw trzeba zjeść śniadanie, więc przeżuwając ostatnie kęsy, wyciągamy linę, gdy przychodzi trzech gości i bez słowa ładuje się w naszą drogę. Bardzo mi się to nie spodobało. Jak przychodzę pod ścianę, gdzie ktoś coś robi, to zawsze pytam i tak bezceremonialnie się nie pcham. W końcu dróg dookoła od groma, ludzi jeszcze nie ma, a my stoimy ewidentnie pod tą linią, więc można się domyślić, jaki mamy plan.
No nic, trochę wkurzeni idziemy na Słoneczną, gdzie jest kupa namiotów. Na szczęście wszyscy jeszcze śpią, więc na rozgrzewkę robimy piątkę i dwie szóstki. Strasznie je męczę, a Kasia najwyraźniej też nie ma dobrego dnia, ale mimo to postanawiam zaatakować Drink Bar (prawie się udało). Niestety brakuje mi jakiegoś centymetra lub dwóch, żeby pewnie wsadzić rękę do kluczowego chwytu i trochę się muszę tam nagimnastykować. Za drugim razem poszło łatwo, ale RP nie ma. Już mam wizję, że będzie jak z Krwawym palcem i będę powtarzał tę drogę przez kilka tygodni, zanim zrobię ją czysto! Za to Kasia, mimo że niższa, robi ją na wędkę pięknie i z taką łatwością, że aż mnie zawstydza! Brawo!
Tymczasem tłum się robi ogromny, a do dróg ustawiają się już kolejki. Uciekamy na Faszystowski, gdzie po obiedzie na rozgrzewkę robimy No Pasaran, a następnie atakuję No job. Cóż mogę napisać. Pierwszy raz porwałem się na prowadzenie VI.1, w dodatku wcześniej tylko raz robiąc ją na wędkę. Odpoczywając na linie i oszukując, jak się tylko da, jakoś doczołgałem się do stanu, ale wspinaniem bym tego nie nazwał. Może i byłem trochę zmęczony, ale nic mnie nie usprawiedliwia. To było chyba najbrzydsze przejście w mojej karierze, a przecież brzydkich przejść mi nie brakuje. Kasia mnie pociesza, że to przecież pierwsze prowadzone VI.1! Powinienem się cieszyć. Skoro Kasia tak mówi, to się cieszę!


W sobotę bladym świtem jedziemy do Mirowa i jako pierwsi wpisujemy się w księgę sołtysa. Trochę dżdży, ale tragedii nie ma, wspinać się da. Niektóre miejsca są trochę bardziej śliskie, ale i tak nic nie pobije naszego wspinania w Krakowie, gdzie było NAPRAWDĘ kosmicznie ślisko. Po takich doświadczeniach nie wypada tym słowem na lewo i prawo szafować. Na rozgrzewkę robimy sobie Rum z Colą (V+) OS, a potem próbuję zabrać się za Tequilę i Śledzika (VI+), ale na prowadzenie VI+ to jednak jest dla mnie za... ślisko. Ostatecznie robię ją na wędkę i dochodzę do wniosku, że sucha będzie jak najbardziej do poprowadzenia, a w każdym razie wydaje mi się łatwiejsza niż przynajmniej jedna szóstka, z którą się męczę na Aptece. Potem zwala się tłum, więc postanawiamy uciec na Mały cyrk, gdzie czeka już na mnie Kurka Blaszka (VI-) OS – mój pierwszy OS o takiej wycenie.
W niedzielę zaczynamy od Apteki, ale tam znowu mocno marzniemy. Dziwne. Robimy kilka dróg, patentujemy upierdliwą szóstkę i uciekamy do Rzędek, gdzie spotykamy Basię i Kubę. Robimy coś na Zegarowej, a potem tradem na Małej Grani. Dzień chcemy zakończyć na Wysokiej, ale jest zimno, wieje wiatr i ostatecznie tylko sobie wszystko oglądamy. W przyszłym roku przyjdzie kolej i na tę skałę!

