Kronikarskie ciągoty odziedziczyłem najwyraźniej po tacie, z wiekiem doszła potrzeba pamięci i może naiwna próba jej ocalenia. Zapisana światłem pamięć o mojej rodzinie sięga roku 1934 roku. Zapraszam...


– Jerem, jedziesz z nami w Tatry? – zapytałem, nie wiedząc jakiej odpowiedzi mam się po moim 10-letnim synu spodziewać.
– Jadę! – odpowiedział Jeremi, nie wiedząc czego się spodziewać po Tatrach.
Historia ta zaczyna się od klasycznego nieporozumienia. Dla mnie oczywiste było, że jedziemy w Tatry na cały łikend, dla Jerema, że na krótką jednodniową wycieczkę, której celem jest zjedzenie kiełbaski z grilla w stolicy Tatr. Gdy w drodze do Zakopanego zorientował się, że jedzie w góry na całe trzy dni, było już za późno. Przypomniał sobie najgorszy dzień w życiu, gdy zmusiłem go do wejścia na własnych nogach na Śnieżkę. Przeżył, ale trauma pozostała. Od tego czasu gór unikał jak Twardowski Rzymu, a tu proszę, chwila nieuwagi, i znowu go w góry wywożę, w dodatku podobne wyższe!




Jechaliśmy przez noc, tak by z samego rana ruszyć na szlak. Dzień wcześniej ustaliliśmy z Kasią, że z uwagi na Jerema, pójdziemy nad Morskie Oko. Tak, żeby zachęcić, a nie zrazić. Wydało nam się to bezpieczną opcją, bo szlak łatwy, niemal płaski, a na końcu przecież jedno z najpiękniejszych miejsc w naszych Tatrach. Co prawda dwa dni temu zaczęła się wiosna, ale nad Morskie Oko jeszcze nie dotarła. Jakby nie było, przyjeżdżamy przed sezonem, więc nie spodziewamy się tłumów.
Co do turystów się nie myliliśmy. Niemal całą drogę do schroniska pokonujemy w cudownej ciszy i nieniepokojeni niczyim towarzystwem. Niestety, z każdą godziną wędrówki Jerem z coraz większym trudem ukrywa, że mu się nie podoba. Próbuję go jakoś rozweselić, ale nie jest to proste, gdy tak naprawdę nie wiem, w czym jest problem. Kruca fuks, przecież jesteśmy w Tatrach, jest piękna pogoda, co może być nie tak?





Gdy dochodzimy nad Morskie Oko, wydaje się, że już gorzej być nie może, ale godzina jest wczesna, więc podejmuję próbę namówienia moich towarzyszy, by zrobić sobie spacer na drugą stronę Morskiego Oka, hej. Kasia oczywiście protestuje, mówiąc, że wszyscy się utopimy, ale Jeremiemu pomysł chodzenia po największym jeziorze w Tatrach się podoba i o dziwo, zamiast narzekać, że trzeba iść dalej, zaczyna się nawet nieśmiało uśmiechać.
Szlakowskaz po drugiej stronie jeziora informuje, że mamy pod nogami całkiem sporo śniegu, a przed nami dość ostre podejście na Czarny Staw. Spoglądam w górę, spoglądam w bok. Mija nas kilka osób w rakach, ale są i tacy, którzy radzą sobie bez. Patrzę jeszcze raz w górę, a potem na moich towarzyszy. Kasi wzrok stanowczo mówi, że nigdzie dalej nie pójdziemy, ale Jerem o dziwo patrzy w górę z jeszcze większym entuzjazmem niż ja. Wycieczka była zaplanowana pod niego, więc skoro właśnie zaczęło mu się podobać, to grzechem byłoby wracać. Idziemy!


Nie było łatwo. Szedłem pierwszy i butami wydeptywałem stopnie, ale nieraz nogi obsuwały nam się w głębokim śniegu i momentalnie lądowaliśmy dwa metry niżej. Co gorsza, w połowie drogi obróciliśmy się, by podziwiać widoki, co uświadomiło nam, że trzeba będzie przecież jeszcze zejść! Nieśmiało zasugerowałem Jeremiemu, że może jednak zawrócimy, ale ten nie chciał o tym słyszeć. Z bananem na ustach odpowiedział, że przecież dopiero teraz jest fajnie! Dla mnie też podejścia do tatrzańskich schronisk (a zwłaszcza zejścia!) to bardziej przykra konieczność niż przyjemność, ale mimo wszystko nie przewidziałem takiego obrotu sprawy.

W ten oto sposób wyleźliśmy na Czarny Staw. Patrzę w górę, a tam Rysy. Rzut beretem. Idziemy? Naprawdę nie? No dajcie spokój! Niestety czasem, gdy kobieta mówi „nie”, to naprawdę znaczy „nie”. Napiliśmy się więc tylko Soplicy z jakąś poznaną na górze parą i zaczęliśmy dumać, jak tu teraz zejść.



Na szczęście po kilku krokach straciłem równowagę i wylądowałem na czterech literach. Po co wstawać i ryzykować kolejny wypadek. Doświadczenie uczy, że gdy już człowiek siedzi na dupie, to trudno się bardziej przewrócić. Zamiast schodzić, zaczynamy więc zjeżdżać i tylko staramy się nie nabrać zbyt dużej prędkości, powyżej której byśmy już nie wyhamowali bez czekanów. Co prawda po chwili zabiera nas poteżna lawina, którą cudem przeżyliśmy, łapiąc się tak zwanej kosodrzewiny, ale ogólnie decyzja okazuje się słuszna i na dole jesteśmy błyskawicznie. Co więcej, teraz już wszyscy mają na twarzy uśmiech od ucha do ucha. W końcu jak człowiek przeżyje lawinę, to od razu mu się humor na cały dzień poprawia!
- I jak Jerem podobają ci się Tatry?
- Za****ście!


Bez sprzętu pchanie się na jakieś wyższe szczyty odpada, ale pod Czarnym Stawem w życiu Jerema dokonał się istotny przełom. Mój syn przeszedł na górską stronę mocy. Dzisiaj Doliną Kościeliską idzie już z nami prawdziwy człowiek gór.
Jerem zdaje się cieszyć każdym krokiem, każdą chwilą, każdym widokiem, a ew. ból nóg nie jest już problemem. Istna metamorfoza! Rozmawiamy, śmiejemy się, wygłupiamy, cieszymy piękną pogodą i otaczającymi nas górami. Przed nami piękny dzień.






Pod schroniskiem uznajemy, że taki spacer to zdecydowanie za mało, więc robimy sobie jeszcze wycieczkę nad bardzo urokliwy Smreczyński Staw. Ludzi po drodze spotykamy niewielu, a na miejscu jesteśmy sami! Cały Smreczyński Staw tylko dla nas? To się nazywa wygrać!
Otacza nas nieprawdopodobna cisza i piękno. Aż by się chciało tu zostać! Czasu mamy dużo, więc korzystając z pięknej pogody, robimy sobie sesję zdjęciową, wygłupiamy się, pijemy ciepłą herbatkę...




W drodze powrotnej każde nachylenie terenu staje się pretekstem, by spróbować jazdy na tyłku. Dlaczego nie mamy ze sobą dupolotów? Następnym razem powinny być obowiązkowym elementem wyposażenia!



Tego samego dnia Rysy zdobyli nasi starzy przyjaciele, znani Ślązacy, awanturnicy, opoje i alpiniści z Bożej łaski, czyli Piotrek i Alu. Przy okazji Piotrek odmroził sobie jakieś palce, oczywiście tylko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę. Świnie nic nam o swoich planach nie powiedzieli, a o ich sukcesie dowiedzieliśmy się dopiero z Internetu, pijąc herbatę w schronisku! Zresztą, wcale bym się nie zdziwił, jakby to wcale nie były Rysy, tylko jakiś przedwierzchołek albo nawet fotomontaż! Więc właściwie mógłbym napisać, że pies ich trącał, ale że się podobno lubimy i chcemy uchodzić za kulturalnych i obytych towarzysko ludzi, to wypada nam chyba ich tutaj pozdrowić a wyczynu pogratulować, hej!



Ważne, by we wszystkim zachować odpowiednie proporcje, więc po dwóch dniach w górach przyszedł czas na odpoczynek i zwiedzanie Zakopanego. Nasze kroki kierujemy ku staremu kościółkowi pamiętającemu jeszcze czasy księdza Stolarczyka. Potem udajemy się na usytuowany zaraz przy nim słynny cmentarz na Pęksowym Brzyzku, miejsce ostatniego spoczynku wielu znanych a związanych z Tatrami i Zakopanem osób.


Zupełnie przypadkiem mamy przy sobie małą piersióweczkę wypełnioną Soplicą, postanawiamy więc napić się z Sabałą przy grobie Chałubińskiego. Ale toast wnosimy za wszystkich i za Makuszyńskiego, i za Witkacego, i za Kazimierza Przerwę-Tetmajera, i za Długosza, a nawet Kasprowicza, który leży co prawda ze swoją Marusią na Harendzie, ale też przecież nie sposób go nie wspomnieć.
Najlepszym sposobem na zakończenie pobytu w górach zimą zawsze wydaje mi się sauna! Zatem do sauny, najlepiej takiej z widokiem na Giewont! No i niestety do domu… Ale przecież wrócimy! Długo będziemy ten wyjazd wspominać. Czarny Staw, zjazdy na tyłku, drewniany pokoik z całą kuchnią tylko dla nas i Listę Przebojów Programu Trzeciego sączoną przy dobrym piwie... Do zobaczenia, Kochane Góry!


