Kronikarskie ciągoty odziedziczyłem najwyraźniej po tacie, z wiekiem doszła potrzeba pamięci i może naiwna próba jej ocalenia. Zapisana światłem pamięć o mojej rodzinie sięga roku 1934 roku. Zapraszam...

Urodziny Jerema zbliżają się wielkimi krokami. Wygląda na to, że nasz solenizant wziął sobie to do serca i już wcześniej zaczął ćwiczyć tryb imprezowy. Nic dziwnego, swoje przybycie zapowiedzieli już inni utytułowani zawodnicy!
Sto lat, sto lat, niech żyje Jerem nam! Wszystkiego najlepszego synu! Był tort, było sushi, była sałatka i nawet Patrycja, dzięki której babcia Krysia w końcu miała się z kim napić wódeczki. Na szczęście Dusia i Nataszka są jeszcze małe i nie potrzebują wiele miejsca na zabawę, wystarczą komnaty pod stołem i jakieś lochy w łazience. Nie wiem, kto nad nami czuwał, ale jakimś cudem nikt nie zginął i nawet nic się nie potrzaskało.







Już chyba kiedyś o tym pisałem – nigdy nie dawałem swoim dzieciom forów w żadnych grach. Ze wstydem jednak przyznaję, że czasem swoich młodszych przeciwników nie doceniam, czasem już mi się wydaje, że partia jest wygrana, tracę czujność i dup. Mat jak w mordę strzelił. Gratuluję! Jeśli się nie mylę, Jerem wygrał dzisiaj ze mną po raz drugi w życiu. Od teraz będę uważniejszy!



Nadal korzystamy z darmowego wstępu do Muzeum Narodowego, co jest świetnym pretekstem, by wybrać się do Krakowa, gdy pogoda akurat niespecjalnie zaprasza nas na Jurę. Chyba nigdy w życiu nie bywałem tak często w stolicy naszego królestwa, jak teraz. Tym razem zaliczając po drodze dłuższy spacer po Kazimierzu, odwiedziliśmy Starą Synagogę, oraz Dom pod Krzyżem. Wypiliśmy też piwo z Krecikiem, a Kasia oczywiście nie odpuściła odwiedzin u swojego drugiego ulubionego misia.
To już prawie święta, a to znaczy, że można odwiedzić Jarmark na Nikiszu – odwiedzamy, kupujemy nowe foremki z myślą o świątecznych ciasteczkach, a Dusia nawet kręci się na zabytkowej karuzeli. Na deser ścianka wspinaczkowa, bo trochę już zatęskniliśmy za wspinaniem.






I znowu w Krakowie! To już drugi raz w grudniu i choć teoretycznie jeszcze nie zimowo, to jednak śnieg już się bardzo tutaj rozpanoszył. Tym razem odwiedziliśmy Celestat i Dom Zwierzyniecki, do tego obowiązkowa dawka solidnego szwendania i coś procentowego na rozgrzewkę, bo mróz momentami mocno daje się nam we znaki.

Wesołych Świąt i do siego roku! Świąteczna atmosfera unosi się jak zapach różnych specjałów niemal przez cały grudzień. Nic dziwnego, nie ma tygodnia, żeby w kuchni nie powstawały jakieś pyszności. Wszystko to sprawia, że cały grudzień wydaje się w pewien sposób miesiącem specjalnym, wręcz magicznym!


Już na początku grudnia robimy tradycyjne świąteczne kruche ciasteczka. Robimy też nową, prowizoryczną i zupełnie nieświąteczną lampę sufitowo-wiszącą z wykonanymi własnoręcznie przez Dusię zdobieniami. Dzięki nowoczesnym technologiom Jerem czasem ma wąsa, a czasem wręcz przeciwnie.




Potem poszło już szybko, ubieranie choinki, lepienie uszek, kolędowanie, prezenty, ból brzucha i po świętach.



Sezon wspinaczkowy A.D. 2018 myślę, że był bardzo udany, a zamknięcie wyszło jakieś takie smutne, z uwagi na nieobecność naszego drogiego kolegi Piotrka. Pomimo, że pogoda nie dopisała, to symbolicznie jedną drogę zrobiliśmy i nawet toast wznieśliśmy. Pozdrawiamy Piotra i mamy nadzieję, że następnym razem świętować już będziemy w komplecie!

Szybki, jednodniowy Kraków. To już ostatni raz w tym roku, ale myślę, że ten rekord trudno nam będzie pobić. Trzy razy w ciągu jednego miesiąca, to jest wyzwanie! Czy nam się Kraków już przejadł? Nie! Nadal lubimy tu być i czujemy się coraz bardziej jak u siebie. Oczywiście w takiej sytuacji coraz więcej rzeczy nas drażni i niemal zmusza do narzekania, czym oczywiście zbliża nas do tubylców...


