Kronikarskie ciągoty odziedziczyłem najwyraźniej po tacie, z wiekiem doszła potrzeba pamięci i może naiwna próba jej ocalenia. Zapisana światłem pamięć o mojej rodzinie sięga roku 1934 roku. Zapraszam...


Najwyższy czas nadrobić zaległości towarzyskie i odwiedzić przyjaciół mieszkających za granicą. Od lat obiecywałem sobie, że wpadniemy do nich z rewizytą, a jakoś ciągle się nie składa. Tym razem już nic nie stanęło nam na przeszkodzie i w piątek, 26 lipca rano wyruszyliśmy na zachód.
W pierwszym etapie naszej podróży mieliśmy do przejechania trochę ponad 1000 km. Poszło całkiem sprawnie i już wieczorem siedzieliśmy w przytulnym mieszkanku zaraz nad Renem w samym centrum Kolonii. Od jakiegoś czasu mieszka tu mój sąsiad z czasów dzieciństwa, a jednocześnie ojciec chrzestny Jeremiego – Maciek, z którym nie raz i nie dwa piliśmy już wódeczkę w Polsce, za każdym razem obiecując, że następnym razem u niego. I co? No i w końcu się udało, tyle że zamiast wódeczki tym razem degustowaliśmy pyszne kolońskie piwo i to jeszcze zanim zdążyliśmy się rozpakować!




Piwo nam nie zaszkodziło i rankiem następnego dnia razem ruszyliśmy zwiedzać Kolonię. Maciek miał wolne, więc mógł nam służyć jako przewodnik i miły towarzysz wędrówek. A że w Kolonii, w przeciwieństwie np. do Polski, nie ma idiotycznego zakazu spożywania alkoholu na ulicy, to od rana spacer urozmaicaliśmy sobie degustacją pysznych miejscowych trunków. Pierwsze dwie butelki pochodziły jeszcze z lodówki naszego gospodarza, a kolejne nabyliśmy już bezpośrednio w niewielkim browarze produkującym słynnego Kölscha. Jako ciekawostkę dodam, że piwo to było tańsze, niż butelka wody mineralnej, więc dla każdego zdrowego na umyśle turysty, decyzja co kupić do picia, powinna być automatyczna: Kölsch!
Jeremi w najlepsze tapla się w fontannie, a my, skacząc z tematu na temat, otwieramy kolejne butelki. Cholera! Jeszcze jedna i nie wejdziemy na wieżę słynnej tutejszej katedry! W drogę.





Gotycka katedra była kiedyś najwyższym budynkiem świata, ale nawet obecnie zajmuje zaszczytne drugie miejsce wśród najwyższych gotyckich budowli. Jej 157-metrowe wieże zdecydowanie górują nad miastem i są widoczne z daleka, choć oczywiście z bliska katedra robi jeszcze większe wrażenie. Stojąc u jej wrót, nie sposób objąć całą wzrokiem, za to widać bogactwo detali ozdabiających elewację. Naprawdę jest na co popatrzyć i potrzebowałbym wielu godzin, żeby opuścić to miejsce usatysfakcjonowany. A jeszcze nawet nie wszedłem do środka! Już wiem, że będę tu musiał wrócić jeszcze raz, sam, żeby spokojnie, bez pośpiechu nacieszyć się jej pięknem.
Robimy drobne zakupy i wracamy. Po drodze siadamy na jakiejś ławeczce nad Renem i pijąc piwo (Kölsch oczywiście), cieszymy się zachodem słońca. Humory nam dopisują, ale zapas napojów butelkowanych jest na wyczerpaniu! Jesteśmy zmuszeni wrócić do bazy. Gute Nacht!




Niedzielę rozpoczynamy od wizyty w Muzeum Czekolady, które jest jednym z najpopularniejszych muzeów w Niemczech. Co roku odwiedza je około 650 tysięcy osób!
Muzeum jest nowoczesne, ciekawe i wciągające. Można się w nim dowiedzieć chyba o wszystkim, co tylko związane jest z czekoladą, nawet jak „na żywo” wygląda drzewo kakaowca (tak, jest mała palmiarnia!) i jak pachnie cynamon czy inne przyprawy stosowane do produkcji. Są stare i nowe maszyny, kultowe opakowania, stuletnie drewniane automaty (czy w Polsce kiedykolwiek takie były?), a nawet działająca linia produkcyjna, z której schodzą małe czekoladki rozdawane później przy wejściu. Na oczach zwiedzających powstają też duże czekoladowe figurki w kształcie piłek, wielbłądów czy zajączków. Mało tego, można nawet zamówić czekoladę o dowolnym składzie, która zostanie specjalnie dla nas przygotowana (oczywiście za dodatkową opłatą). Dokładne zwiedzanie muzeum to jak nic przynajmniej 2–3 godziny. Na koniec można odwiedzić znajdujący się przy wejściu sklep, w którym jest chyba wszystko, co tylko da się z czekolady zrobić, nawet piwo. Mnie nie zasmakowało, ale z ciekawości oczywiście spróbować można.


Wizyta w muzeum trochę nam zajęła, ale z drugiej strony od rana padało, więc dzięki temu przeczekaliśmy gorszą pogodę. Później w ramach kompromisu zobaczyliśmy jeden romański kościół i spacerkiem poszliśmy na mały obiad, po drodze oglądając ratusz i niewiarygodny sklep z mnóstwem najrozmaitszych przebrań. Kolonia słynie z hucznego karnawału, na który zresztą od lat bezskutecznie się wybieramy, może stąd aż takie zapotrzebowanie na przebrania!

Spacerując, doszliśmy aż do Katedry, gdzie miałem nadzieję obejrzeć Relikwiarz Trzech Króli i grób królowej Rychezy, niestety po raz drugi bramy prowadzące do ambitu zastałem zamknięte. Tym razem jednak sympatyczny ksiądz wyjaśnił mi, że będzie można tam wejść np. następnego dnia między 10 a 11. To już coś.
A więcej na temat samej Katedry w Libertasie:

Kolonia to raj dla miłośników architektury. Oprócz Katedry, która jest oczywiście punktem obowiązkowym, znajduje się tu zespół aż dwunastu kościołów romańskich. Oczywiście niektórzy wolą spać, w związku z tym zamiast przekonywać, że warto, wstałem wcześniej niż ta banda leniów i praktycznie od wschodu słońca krążyłem po Kolonii, wyszukując kolejne perełki. Niestety, wszystkich zobaczyć mi się nie udało, ale byłem blisko...
W ciągu tych kilku godzin zobaczyłem sześć z nich (w sumie zaś dziesięć), po drodze przyglądając się też innym miejscom, np. miejskim murom. Udało mi się też w końcu wstrzelić w okienko, kiedy można było zwiedzić kaplice dookoła ambitu, oraz podejść bliżej do Relikwiarza Trzech Króli.





W Katedrze spędziłem dobre pół godziny. Mógłbym stąd nie wychodzić cały dzień. Przy całym swoim ogromie Katedra zdaje się taka lekka, zgrabna, jasna i ciepła. No ale o 13 mam być przed wejściem do zoo, a trzeba tam jeszcze dojść!
Po drodze zobaczyłem jeszcze Kościół Świętej Urszuli i Kościół Świętego Kuniberta. Gdy wychodziłem z tego ostatniego, śpiesząc się już na spotkanie z resztą kolektywu, przeszło takie oberwanie chmury, że musiałem się czemprędzej chować w jakiejś bramie. I pomyśleć, że przez Polskę przechodzi właśnie fala upałów!







A w zoo, jak to w zoo... Mnóstwo różnych cudoków. W dodatku żadnych angielskich tabliczek, więc często nie umiałem ich nazwać. Pozostawały cudokami, ale trzeba przyznać zoo bogate, zadbane, jeśli ktoś lubi tego rodzaju przybytki, to na pewno z kolońskiego zoo wyjdzie zadowolony.
Po drodze na zakupy udało mi się zobaczyć jeszcze jeden romański kościół, po czym wróciliśmy na pożegnalne piwko z Maćkiem. To były bardzo udane trzy dni, a Kolonia przypadła nam do gustu, więc trudno było podjąć decyzję o wyjeździe, ale przecież przed nami jeszcze daleka droga! Zainteresowanych tym pięknym miastem po więcej odsyłam oczywiście do libertasowego przewodnika po Kolonii:





Na koniec tradycyjny komiks okolicznościowy i gorące podziękowania dla Maćka, za to, że ugościł nas pod swoim dachem i tak ciepło przyjął. Mam nadzieję, że wkrótce spotkamy się u nas w Polsce, zresztą my również na pewno jeszcze do Kolonii wrócimy, choćby po to, żeby napić się pysznego Kölscha, może przy okazji karnawału!
Kolonia, czyli katedra, kościoły romańskie, czekolada i zoo (65 zdjęć)
Kolonia – Bruksela – Calais (27 zdjęć)
Westminster, dinozaury i Muzeum Nauki, czyli dotarliśmy do Londynu! (56 zdjęć)
Camden i Muzeum Brytyjskie, czyli Londynu ciąg dalszy (40 zdjęć)
Hamleys, City i Beachy Head, czyli jeszcze raz Londyn (44 zdjęcia)
Aysgarth i York, czyli przybywamy do Yorkshire (39 zdjęć)
Wrzosowiska, Tan Hill i Opactwo Fountains (59 zdjęć)