Kronikarskie ciągoty odziedziczyłem najwyraźniej po tacie, z wiekiem doszła potrzeba pamięci i może naiwna próba jej ocalenia. Zapisana światłem pamięć o mojej rodzinie sięga roku 1934 roku. Zapraszam...


Długi pobyt nad morzem, powiedzmy powyżej tygodnia, byłby dla mnie bardzo nużący, ale gdy wplatam plażowanie w jakiś dłuższy wyjazd to już zupełnie inna sprawa. Wtedy takie kilkudniowe nicnierobienie jest prawdziwą rozkoszą. Słońce świeci, morze szumi, dzieci bawią się w piasku. Można pospać, poczytać, pospacerować po piaszczystym brzegu, szukać muszelek, pływać, zapomnieć o całym świecie...
W związku z powyższym niespecjalnie mam o czym pisać, pozwólcie więc, że nie będę się przemęczał i napiszę tylko, że wtorek na plaży również upłynął nam bardzo przyjemnie. Resztę można zobaczyć na zdjęciach.



Po zachodzie słońca zwinęliśmy manatki i poszliśmy do pensjonatu, by trochę się ogarnąć, a wieczorem tradycyjnie uraczyć zimnym piwem. Towarzystwo do piwa też się znalazło. Tak się złożyło, że w pokoju obok nas mieszkała para bardzo sympatycznych Rumunów, z którymi ucinałem sobie wieczorami rozmowy.



Gdzieś około godziny 21, główną ulicą, zaraz przed naszymi oczami przejechał bardzo dziwny transport ogromnych, niezidentyfikowanych przedmiotów. Wyglądało to trochę jak części do rakiety kosmicznej, ale z tego, co mi wiadomo, Rumunia żadnego programu kosmicznego nie rozwija, więc ta hipoteza szybko upadła. Potem się zastanawiałem czy to czasem nie były części elektrowni wiatrowych, podobnych do tych, które widzieliśmy byli po drodze. W każdym razie były baaaaaaaaaardzo dłuuuuuuuuuugie. Noapte bună.
Słońce, morze, piasek, jakaś książka, chwila snu, smaczne, tanie arbuzy... Na plaży spotkałem Polkę z córką, nie licząc zorganizowanej wycieczki spotkanej w Bârsanie, byli to pierwsi Polacy na jakich trafiłem w Rumunii.





Kolejny dzień leniuchowania szybko minął. Wieczorem tradycyjnie włóczyliśmy się po Vama Veche. 20 i 21 sierpnia odbędą się tutaj główne koncerty Stufstock Festival, z tego powodu waham się nawet, czy nie zostać o jeden dzień dłużej.


W Goblinie co wieczór grają jakieś młode zespoły. Czasem trochę kaleczą i robią wrażenie, jakby dopiero od tygodnia mieli próby w garażu, ale publiczności zupełnie to nie przeszkadza, a do klimatu pasują jak ulał. Przechodząc, zachodzimy tutaj na kilka numerów. Dzieciaki są zachwycone.
Wieczorem spróbowałem mici (mititei) – rumuńskiego dania poleconego nam przez naszych sąsiadów. Porcja tych bardzo apetycznych grillowanych kiełbasek (10 sztuk), podana wraz z musztardą i frytkami w jednej z tutejszych knajpek kosztowała nas 23 leje. Niestety kelnerka wprowadziła mnie w błąd i kupiliśmy ich trochę za dużo. Gdy wychodziliśmy, kiełbaski wychodziły mi już bokiem.
Rumunia 2009:
Rumunia 2010, część I – Satu Mare, Săpânţa i Bârsana (59 zdjęć)
Rumunia 2010, część II – malowane cerkwie Bukowiny (55 zdjęć)
Rumunia 2010, część III – Jedziemy nad morze (51 zdjęć)
Rumunia 2010, część IV – Vama Veche (43 zdjęcia)
Rumunia 2010, część V – Vama Veche po raz ostatni (37 zdjęć)
Rumunia 2010, część VI – Braszów (33 zdjęcia)
Rumunia 2010, część VII – Curtea de Argeş i Szosa Transfogaraska (37 zdjęć)
Rumunia 2010, część VIII – Sybin i Hunedoara (38 zdjęć)
Rumunia 2010, część IX – Hunedoara i Jaskinia Niedźwiedzia (25 zdjęć)